Rejestracja Logowanie


FreeCurrencyRates.com

Facebook

Newsletter


Wróć do spisu aktualności

Czy Polacy to rusofobi? Rosjanka bezlitosna dla Polaków i Polski

17-04-2018
Czy Polacy to rusofobi? Rosjanka bezlitosna dla Polaków i Polski

Jedną z wielkich bolączek ludzi wyjeżdżających za granicę na stałe lub na dłuższy okres czasu jest zjawisko ksenofobii w krajach, do których się udają. Zderzenie kulturowe - mniejsze lub większe - występuje zawsze. Jak to jest być imigrantem w Polsce, a szczególnie imigrantem z Rosji? Czy Polacy są antyrosyjscy?

“Komfortowe życie, nietypowy system nauczania i rusofobia, która przejawia się w momentach, w którym wcale się tego nie spodziewasz” - tak młoda Rosjanka, która przez kilka lat mieszkała w Warszawie, przedstawiła swoją historię portalowi gazeta.ru. Oto ona:

“Po raz pierwszy trafiłam do Polski kiedy miałam 17 lat. Razem z rodzicami podjęliśmy decyzję, że będę studiować na jednym z prywatnych, warszawskich uniwersytetów, jako że przez ostatnie półtora roku chodziłam na kursy polskiego. Wybór fakultetu był tak samo nieświadomy, jak i wybór państwa: stosunki międzynarodowe, z zajęciami prowadzonymi w języku polskim, którym wtedy posługiwałam się bardzo słabo. Mama przywiozła mnie do Warszawy i spędziła ze mną pierwszy, zapoznawczy tydzień – pomogła mi osiągnąć pewność siebie i ogólnie odnaleźć się w nowej sytuacji. Chodziło nawet o tak błahe sprawy jak to, gdzie znaleźć dobrą kawiarnię, jak kupić bilet na metro czy jak dojechać na uniwersytet.

Warszawa wydawała mi się małą, brzydką, europejską wioską. Wychodząc z metra patrzyłam się na stalinowski budynek Pałacu Kultury i Nauki, wspominałam Rosję i tęskniłam. Brakowało mi motywacji, motywacji na twarzach przechodniów i w ogóle jakiejś ogólnej atmosfery wolności. Wtedy rzucało mi się to w oczy wszędzie - widziałam to w ludziach, architekturze, przedmiotach. Drażniło mnie, że wszystko było wygodne, komfortowe i do bólu nieskomplikowane - precyzyjne rozkłady jazdy komunikacji miejskiej, zadbane wnętrza uniwersytetu, geometria przestrzeni publicznych, szkło i beton biurowców, wśród których wciąż wyróżniały się pozostałości starego, znienawidzonego przez Polaków systemu, i wszystko to, czego tak bardzo w samych sobie nie lubili.

Zmuszałam się do uczęszczania na zajęcia, na których praktycznie nikt niczego nie rozumiał. Znajomość języka polskiego była wymogiem formalnym, jednak nauczyciele z pobłażliwością odnosili się do, nieuprzejmego skądinąd z naszej strony, braku zaangażowania w choćby najprostszą dyskusję. Po zgoła miesiącu zrozumiałam, że tak dalej być nie może. Co piątek i sobotę – bo właśnie w te dni budzi się nocne życie Warszawy –  chodziłam do pubów zlokalizowanych wzdłuż głównej turystycznej ulicy. Prześlizgiwałam się między bramkarzami - jako że wpuszczają tylko osoby powyżej 18 lat, wcielałam się w postać czarującej młodej idiotki i szybko znajdowałam sobie „klientów”. Potrzebowałam tylko rozmowy. Gdy tylko wyczerpywały się tematy – płaciłam za siebie i znikałam, nie pozostawiając żadnych na siebie namiarów. Po paru tygodniach mogłam już swobodnie brać udział w dyskusjach na zajęciach, a pod koniec semestru – zapisać nawet pięć kartek A4 z obu stron. Tak stałam się głodną wiedzy, upartą i zawzięta studentką.

Warszawa drażniła mnie jednak coraz bardziej. Na początku starałam się zlać z tłumem, mniej mówić, a więcej się przyglądać. Ale później całą duszą zapragnęłam buntu i pokazania wszystkim kibicom, ponurym pracownikom biurowym i eleganckim polskim babciom, że to ich „warszawskie życie” to największe nieszczęście, jakie tylko można sobie wyobrazić. Uporczywie nie chciałam stać się częścią tego stołecznego mechanizmu, w którym nie było miejsca dla wzajemności, niewinnych flirtów w metrze, barwnego makijażu i mojego zamiłowania do zwijania własnoręcznie papierosów z filtrów, bibułek i tytoniu w wagonach tegoż metra. O ile moja ukochana Moskwa wydawała mi się fontanną energii, wciągającą w wir wszystkich, nawet tych najbardziej zatwardziałych, o tyle maleńka Warszawa, z jej ledwo dwoma milionami mieszkańców, raczej wydawała się parodią stolicy.

Uświadomienie sobie tego, co to znaczy być Rosjanką w Warszawie, przyszło mi nie od razu. Dopiero po paru miesiącach po raz pierwszy poznałam z autopsji, co to jest rusofobia w Polsce. Pojawiła się ona w prywatnych rozmowach z niektórymi wykładowcami i zagranicznymi studentami, zwłaszcza w rozmowach o polityce.  Punkt kulminacyjny nadszedł w momencie, gdy zostałam nazwana „ruską prostytutką” w jednym z klubów nocnych. Podobne określenie można usłyszeć także w Rosji, ale mając 17 lat poczułam się tym mocno dotknięta. Zamaskowana rusofobia okazała się o wiele straszniejsza od pojedynczych uszczypliwych komentarzy, o czym dowiedziałam się znacznie później. Na tle rozrastającego się konfliktu ukraińskiego postanowiłam rzucić studia, które rozczarowały mnie już pod koniec semestru i wrócić do Rosji.

Następne półtora roku byłam na dnie nizin intelektualnych – rodzice odsądzali mnie od czci i wiary, a ja byłam rozczarowana samą sobą i zrozumiałam, że mieszkanie z rodzicami w Rostowie jest smutne, nudne i absolutnie nie dla mnie. Moje stare wyniki maturalne były w zupełności wystarczające, żeby dostać się na dobry uniwersytet, dlatego postanowiłam zdawać na studia na kierunku nauk społecznych. Wybrałam fakultet socjologii Państwowego Uniwersytetu w Sankt Petersburgu, na który to kierunek ostatecznie się dostałam.

Sankt Petersburg uczynił mnie szczęśliwą. Zatopiłam się w nauce i studenckim życiu, z przerażeniem wspominając poprzedni uniwersytet, w którym miałam ledwo kilka zajęć w tygodniu. Studia odbywały się od poniedziałku do soboty, od 9:00 do 18:30, a czasu zostawało tyle, co na kawę z koleżankami, zadania domowe i sen. Język polski pozostał w pamięci tylko jako przyczynek do żartów w towarzystwie przyjaciół, a Warszawa – ogromnym znakiem zapytania, po co w ogóle tam pojechałam i co mi to dało.

Koniec pierwszego semestru pierwszego roku stał się punktem zwrotnym w moim życiu. Napisałam do Polaka z kursów języka chińskiego, w którym się nieco podkochiwałam. Standardowe „jak leci?” w ciągu paru dni zamieniło się w obfitą korespondencję, telefony i próby przypomnienia sobie języka polskiego. Wszystkie wypady z koleżankami kończyły się tym, że wychodziłam na petersburskich mrozach bez kurtki, opierając się o ścianę i godzinami rozmawiałam z nim, nie rozumiejąc często nawet połowy tego, co on mówił. Począwszy od tego momentu, do końca studiów, życie dzieliłam między dwa kraje: semestr zimowy na Uniwersytecie Warszawskim, a letni - na Uniwersytecie Petersburskim. Akademicka mobilność zakładała biurokratyczną bieganinę, a na moich kierunkach nigdy nie dawali stypendiów (...) Ponieważ cały czas potrzebowałam pieniędzy na bilety, wizy, a przy tym nie chciałam popadać w skrajności i odmawiać sobie małych przyjemności - wtedy w Rosji nie było nawet połowy europejskiego asortymentu kosmetyków, ubrań i innych bibelotów, które tak bardzo mnie cieszyły -  musiałam bardzo ostrożnie dobierać sobie program nauki.

Uniwersytet Warszawski stał się dla mnie prawdziwym testem wytrzymałości. Nie miałam typowej dla postsowieckiego systemu szkolnictwa „grupy”, studenci trzymali się z dala ode mnie. Nie byłam w stanie zrozumieć wszystkiego, o czym była mowa na zajęciach, z trudem udzielałam odpowiedzi. Pierwsza sesja skończyła się fatalnie, ale kolejne dwa lata z zaparciem uczyłam się języka i starałam się tak lawirować, aby uczyć się tego, co mnie interesowało, a jednocześnie trzymać z innych przedmiotów poziom pozwalający na uzyskanie stypendium.

Stosunki z ukochanym w tym czasie zakończyły się decyzją o małżeństwie. Podjęliśmy decyzję o wystawieniu wytwornego polsko-rosyjskiego wesela. Poznałam w pełni smak wszystkich uroków procesu organizacji uroczystości ślubnej i załatwiania formalności w Urzędzie Stanu Cywilnego. Do legalizacji małżeństwa potrzebne było tłumaczenie przysięgłe aktu urodzenia na język polski, które może zostać sporządzone wyłącznie przez tłumacza przysięgłego zarejestrowanego w polskim rejestrze, a także paszport z wizą i zaświadczenie z konsulatu. Ta ostatnia instancja, stwierdza, że można zawrzeć związek małżeński z obywatelem RP, o ile nie doszuka się w dokumentach pieczątki dotyczącej wejścia w związek małżeński na terenie Rosji. 
Wybraliśmy ślub cywilny pomimo faktu, że większość Polaków bierze ślub kościelny, po którym następuje wesele - z 100-300 gośćmi, w zależności od możliwości finansowych.

Niemałym problemem było znalezienie dobrego wizażysty i fryzjera - w Rosji ta branża jest o wiele bardziej rozwinięta, nawet w małych miejscowościach. Dało się odczuć deficyt dobrych florystów, organizatorów wesel, stylistów i prowadzących. Renomowane firmy mają taką ilość zamówień, że odmawiają przyjmowania nowych na najbliższe pół roku. Wszystko wymagało osobistej obecności na miejscu, firmy z niechęcią odpowiadały na e-maile. Wszystkie te wysiłki poszły jednak na marne, bo ostatecznie wesele się nie odbyło, ale to już zupełnie inna historia”

------

W Polsce z pewnością można się spotkać z rusofobią czy przejawami dyskryminacji. Czy jednak zderzenie kulturowe i problemy z opanowaniem języka są wystarczające, żeby Polskę i Polaków nazwać rusofobami?





Facebook
VK
Newsletter

Newsletter

Dzięki zapisaniu się do newslettera będziesz informowany o nowościach i promocjach!


Wróć na górę strony